Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #holiday. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #holiday. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2015

"Holiday" III

Powoli zaczynałem się przyzwyczajać do tego, że dom TaoRisa w praktyce należał do wszystkich. Nasi przyjaciele wchodzili i wychodzili, kiedy tylko chcieli i muszę przyznać, że ostatnie dni były najlepszymi ze wszystkich wakacji, jakie miałem. Jakby ktoś kazał mi krótko opisać miejsce mojego pobytu, odpowiedziałbym „dom wariatów”, bo nic bardziej trafnego nie przychodziło mi do głowy.
- Sehun! Hunnie no! Nie uciekaj! – krzyczał zrozpaczony Luhan.
W spokoju jak cywilizowany człowiek leżałem rozwalony na kanapie, czując dość mocny powiew wiatraka, który chodź trochę łagodził upalne powietrze. Ledwo udawało mi się oddychać, a po czole spływały kropelki potu. Ten jakże warty opisania moment przerwał huk obijanych drzwi o ścianę. Szybkim krokiem z naburmuszonym wyrazem twarzy w moją stronę szedł Sehun. Oczywiście nie można pominąć, że zaraz za nim podążał Luhan, który jęczał coś o tym, żeby Oh nie był zły. Widziałem jak tęczowy zbliża się do mnie i nie zdążyłem nawet wstać, kiedy poczułem jak całe sto osiemdziesiąt centymetrów człowieka, rzuca się na moje biedne, drobne niczemu winne ciało.
- Suhoo, Luhan mnie nie docenia! – powiedział załamanym głosem. 
         Duszony ciężarem młodszego, kątem oka spostrzegłem Chanyeola. Nawet nie wiedziałem, że tutaj był. Patrzył na nas z szeroko otwartą buzią i widziałem jak guma, którą żuł wysuwa się z jego ust i ląduje na ziemie. Moja pedantyczna strona w środku krzyczała z bólu, bo to było O-BRZY-DLI-WE. Dokładnie ująłem wzrokiem, jak po jego brodzie spływa stróżka śliny, po czym jakby wyrwany ze swojego świata, zagłuszając głośne prośby o wybaczenie Luhana, wydarł się na cały dom:
- Kanaaaaaaapka!
W duchu zacząłem się modlić, aby to coś, co steruje tym okropnym światem zlitowało się nade mną i sprawiło, aby Yeol zanim na mnie skoczy poślizgnął się i nie wypełnił swojej głupiej myśli. Niestety. Życie lubi mnie męczyć i po chwili już czułem jak te dwumetrowe zwierzę łamie mi kości, a potem słychać już było tylko mój i Sehuna pełen bólu, zduszony jęk.
- Złaźcie ze mnie wszyscy, póki jeszcze nie straciłem na was całej mojej cierpliwości.
Nawet żadnego z nich nie informując, zrzuciłem ich z siebie. Czułem się taki lekki, w końcu to prawie dwieście kilo mniej. Już miałem wyjść z pokoju, kiedy moja głowa odbiła się od czegoś nadzwyczaj twardego, aż cofnąłem się parę kroków w tył. Byłem pewien, że w tamtym miejscu nie było ściany, no chyba, że dom Tao to Hogwart i te ściany potrafią się magicznie znikąd pojawiać.
- Oh, Junnie, bądź bardziej ostrożny, możesz sobie zrobić krzywdę – powiedział z udawaną troską Chen.
Ten cyniczny uśmieszek miałem mu ochotę zerwać i nigdy więcej nie mieć okazji go oglądać. Chyba każdy, kto mnie znał wiedział, że ja i Chen dosłownie nie potrafimy wysiedzieć ze sobą paru minut, żeby się o coś nie posprzeczać. To może być cokolwiek, chociażby głupi kolor bluzki Krisa.
- Przeżyje, jeżeli pewne osoby nie będą ingerować w moje życie. – Czułem to napięcie, które się między nami tworzyło. Bywały momenty, że Chen budził we mnie jakiegoś diabła, który, na co dzień był głęboko we mnie uśpiony. Czasami wystarczył sam widok tego chłopaka, aby się wybudził i przejmował kontrole nad moim zachowaniem.
- Mówisz o mnie? Naprawdę mam lepsze zajęcia.
- Dobra, po prostu idź sobie!
Mówiąc to, dźgnąłem go palcem w klatkę piersiową, a zaraz potem do moich oczu zaczęły napływać łzy. To tak cholernie bolało, nie rozumiałem jak on mógł mi to zrobić.
- Suho, wszystko w porządku?
- Jeszcze się bezczelnie pytasz, złamałeś mi palca sieroto!
- Przecież ja nic nie zrobiłem, nikt ci nie kazał mnie ruszać. – Popatrzyłem na niego wzrokiem, który mówił, że nawet nie wie jak bardzo się pomylił. – Dobra daj to – powiedział.
Złapał mnie za rękę i pociągnął do kuchni, a tam kazał usiąść na krześle.
- Może nie studiuję medycyny jak Yixing, ale gołym okiem widzę, że złamany nie jest, więc nie dramatyzuj.
Podszedł do szafki, gdzie walały się wszelkiego rodzaju lekarstwa i wygrzebał stamtąd bandaż i jakąś maść.  Złapał mnie delikatnie za dłoń i zaczął nakładać maź. Może gdyby nie była to prawa ręka zrobiłbym to sam, ale nie niestety trafiło właśnie na nią. Wziął długi biały patyczek i przyłożył go do palca, po czym starannie nakładał opatrunek.
- Lay byłby ze mnie dumny.
- Tak, nie wątpię, wiecie może, co się dzieje HunHanowi? – zapytał Baek, wchodzący do kuchni.
- Nie wiem, przenieśli swoją awanturę ze swojego domu do naszego, bo przecież, niszczenie cudzego spokoju, to takie szlachetne zajęcie. Luhan najwyraźniej czymś wkurzył Sehuna i ten strzelił na niego focha.
- Przypominają mi mnie i Yeolliego, kiedy byliśmy w wieku Hunniego– rozmarzył się Byun.
- Baek, to wcale nie było jakoś dawno, po za tym z tego, co wiem to Luhan jest od ciebie starszy.
- Co ty wiesz o życiu, dobra nie przeszkadzam wam – rzucił nam jednoznacznym uśmiechem.
- Głupek – prychnąłem. – Możesz mnie zostawić, już nie boli.
Wstałem i poszedłem do salonu. Na kanapie siedział HunHan, gdzie Sehun łypał spod byka, morderczym wzrokiem na Luhana. Na podłodze usiadł Byun i gdzieś w otchłani świadomości chciałem mu coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co.
- Hunnie, co się stało? – Zapytał troskliwym głosem Baek.
- Luhan hyung nie docenia moich starań.
Ledwo co ogarnięty Tao, zaciekawiony podszedł do nas wszystkich i dosiadł się obok Luhana.
- To wcale nie tak Sehun… - powiedział już chyba zmęczony tym wszystkim Luhan.
- Tylko tak mówisz! Doskonale wiesz, że nienawidzę rano wstawać, ale to zrobiłem żeby sprawić ci przyjemność. Przygotowałem kanapki, przy których się starałem, przyniosłem ci śniadanie do łóżka, nawet nie oblewając się przy tym herbatą, a ty powiedziałeś tylko „Dzień dobry”, ugryzłeś kawałem bułki, wyplułeś ją, po czym powiedziałeś, że są gumowe i poszedłeś spać! Wiesz jak się wtedy poczułem? – powiedział z lekko drgającą wargą.
Muszę przyznać, że nawet na mnie ten widok w jakiś sposób podziałał. Może dlatego, że zawsze myślałem, że ten dzieciak nie zna znaczenia słowa smutek.
- Sehun, przepraszam! – blondynek zaczął głośno płakać. – Ja po prostu rano nie wiem co się dzieje. To wszystko przez to, że spałem. Hunnie, proszę nie gniewaj się już. – powiedział ocierając swoje oczy rękawami za dużej na niego bluzy.
- Myślę, że to jest ten moment, gdzie powinniście się sobie rzucić w ramiona i wybaczyć całe zajście. – powiedział wzruszonym głosem Yeol.
Baekhyun wstał, po czym od razu usiadł i po czym wstał jeszcze raz. Jego oczy wyrażały furię, która wyraźnie kontrastowała z kamienną twarzą bez wyrazu. Na początku nikt nie wiedział o co chodzi... Jego prawa dłoń po chwili wylądowała na lewym pośladku, a każdy z nas jak zahipnotyzowany powędrował za nią wzrokiem. I wtedy do mnie dotarło, coś, o czym chciałem mu powiedzieć. Od dywaniku w kształcie pandy aż do jakże jędrnego tyłka mojego przyjaciela, ciągnęła się biała długa linia. Wszyscy natychmiastowo wybuchli śmiechem, oprócz Tao, który był załamany tym, że najprawdopodobniej będzie musiał wyrzucić dywanik. Lubił go. 
- Kto? – salwy śmiechu przerwał lodowaty głos Byuna i tylko Chanyeol w dalszym ciągu nie potrafił przestać się chichrać. – Kto do jasnej cholery jest tak mądry żeby zostawić, bądź wypluć gumę na środku pokoju, czy wy zdajecie sobie sprawę ile musiałem wydać na te spodnie?
- Ale to ja ci je kupiłem. – powiedział Chan.
- Cicho! – Jego oczy zabłysły czymś… po czym spojrzał na Chana. – Chanyeol! To ty prawda? Nikt inny w tym do mu nie jest aż taką niezdarą i nieokiełznanym debilem, żeby zrobić coś tak obleśnego. Fuj. Przez ciebie całe moje spodnie są z gumy do żucia, obrzydlistwo.
- Baekhyun, proszę nie denerwuj się, kupię ci nowe spodnie!
Yeol zabrał miotającego się z nerwów Baeka, HunHan się pogodził, więc właśnie chyba przyszła chwila spokoju. Zastanawiałem się tylko gdzie wcięło Jongdae.
     Poszedłem do swojego pokoju poczytać książkę, którą Kris mi ostatnio polecał.

Tego wieczora, chmury były wyjątkowo ciemne, a w naszym domu jakoś dziwnie cicho. To była jedna z tych letnich nocy, gdzie zapowiadało  się na burzę. Leżałem i słuchałem muzyki, nie to, że się bałem grzmotów i piorunów, to raczej jak Tao i karaluchy. Wiedział, że nic mu nie zrobią, a i tak ich nie lubił i darł ryja na cały dom jak gdzieś jakiegoś zobaczył. Nagle spostrzegłem, że do mojego pokoju powoli wdziera się światło z korytarza, co znaczyło, że ktoś wszedł do pokoju. Podniosłem się do siadu i zobaczyłem Chena.
- Co tutaj robisz?
- Nie denerwuj się chciałem tylko pogadać.
- O czym?
- Dlaczego jako jedynego z nich wszystkich mnie nie lubisz. – Popatrzyłem na niego zdziwiony.
- To nie tak, że cię nie lubię…
- Tylko?
- Sam nie wiem. Czasami mam ochotę cię rozszarpać, bo doprowadzasz mnie do szału, więc bardziej bym powiedział, że mnie irytujesz niż, że cię nie lubię. W ogóle co cię wzięło na takie poważne rozkminy?
- A tak jakoś – wyszczerzył się. – Idziemy pooglądać jakiś horror? Nie ukrywam, że jego propozycja jak najbardziej mi pasowała. Od zawsze uwielbiałem horrory, oczywiście o ile nie były o lalkach.
- Jasne, chodźmy.
Siedzieliśmy pod kocem w skupieniu oglądając film. Burza nadawała takiego wyjątkowego klimatu i dreszczyku emocji. Nie bałem się jakoś bardzo, tylko momentami zakrywałem twarz lub ewentualnie drgnąłem zbyt mocno, ale to się nie liczyło. Po dwóch godzinach, na dworze było już ciemno, burza odeszła, zostawiając po sobie deszcz. Popatrzyłem przez okno i prawie dostałem zawału.
- Chen, patrz, tam ktoś jest – przysunąłem się do niego.
- Gdzie, nie widzę.
- No tam w ogródku, coś zakopuje. – Naprawdę się przeraziłem.
Moje ciało automatycznie zamieniło się w galaretę, a ja nie potrafiłem tego opanować.
- W takim razie chodźmy to sprawdzić!
- Zwariowałeś! a jak nam też coś się stanie… nigdzie nie idę. – Skrzyżowałem ręce na piersi.
- Nie stanie, chodź.
Wyszliśmy salonem, przez taras, po czym skradaliśmy się w stronę nieznajomego. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć zamiłowania Tao do wszelkiego rodzaju roślinek. Było tego tutaj od cholery,  ale z drugiej strony go podziwiałem, bo mi nawet kaktus usychał.
Przybliżyliśmy się do osoby z łopatą i wtedy go rozpoznałem. Oczywiście nie od razu, ale po chwili byłem pewien. To był Kai.
- Ej, to nie jest Jongin? – Powiedział w tym samym czasie, co ja pomyślałem Chen.
- Tak, ale z drugiej strony, chyba nie ma on obowiązku pracować jak pada deszcz, więc co on tu robi.
Podszedłem do Jongina i stuknąłem go w ramię.
- Co robisz?
- Nic! – Drgnął przestraszony, po czym podrapał się po karku ze sztucznym śmiechem.
Mimowolnie spojrzałem na dół, który wykopał i wystarczyły może dwie sekundy szoku, jak zacząłem się drzeć. W dole leżał Kyungsoo.
- Matko, Kai jesteś mordercą!
To był moment, kiedy moje oczy co chwilę oślepiało białe światło, a wszyscy wokół mnie zaczęli się śmiać. Zdezorientowany, patrzyłem na Soo, który teraz nie mógł się opanować, a jeszcze chwilę temu leżał w błocie.
- Co się właśnie stało? – Zapytałem, kompletnie pozbawiony racjonalnego myślenia.
- Wszystkim się nudziło, więc padłeś ofiarą niecnego planu Jongdae.
- Ale czemu akurat ja?
- Bo nikt inny by się nie wystraszył.
- A Tao?
- Tao wystraszyłby się za bardzo - powiedział Kris.
- A po co te zdjęcia?
- Wylądujesz na ścianie dwunastu derpów.
- Co?
- Kupa, został tylko Sehun. - Cieszył się Tao.
- Jak Sehun? Uhh, nienawidzę was. JAK JA WAS KURWA NIENAWIDZĘ!



 CDN...



Noo, więc chciałam to dodać jeszcze w grudniu, na feriach, ale nie miałam laptopa, bo aż dwa razy się zepsuł :/ 
Zapraszam do komentowania ^-^ I przepraszam za błędy, bo możliwe, że jakieś są :)





9 listopada 2014

"Holiday" II

     Kiedy wyszliśmy z auta od razu podbiegł do nas Kai, żeby pomóc nam nieść wszystkie torby, a było ich naprawdę sporo patrząc na to, że wieczorem będzie nas dwunastka. Brunet podszedł do D.O, który od razu spalił buraka i zabrał od niego najcięższe siatki. Jongin odwrócił się tyłem do wielkookiego, maltretując go widokiem umięśnionych pleców, które nawet mnie troszkę kusiły. Widziałem, że między nimi dwoma na pewno jest coś jeszcze oprócz rzekomej przyjaźni, ale nie zamierzałem się w to mieszać.
W domu czekali na nas już Baek i Chan, których wcześniej wpuścił pan-nie-ogrodnik. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się spotkać ich w Chinach, dziwiłem się wręcz, że nic mi nie powiedzieli na ten temat, ale to są oni wiecznie zakręceni, więc pewnie najnormalniej w świecie zapomnieli.
                - Junnie, co ty tu robisz!? – Zaczął piszczeć na cały dom, że cieszy się, że mnie widzi. Dopiero po chwili dotarło do niego, co to znaczy, przez co zaczął panikować. – O Matko! Jakim prawem ona puściła cię samego tak daleko, jak tylko wrócimy do domu zrobię kazanie twojej mamie, na temat tego, „na co nie pozwala się swoim dzieciom” jak ta kobieta mogła do tego dopuścić, myślałem, że ona jest inna… - kolejny, który zachowuje się, jako baba z doczepionymi jajami… czasami zastanawiam się czy Yeol naprawdę jest gejem mając za chłopaka kogoś tak bardzo podobnego do mojej własnej matki.
- Tak tylko mówię, że jestem od ciebie starszy. Nie mówiąc już, że naprawdę potrafię o siebie zadbać.
- No, ale…
- Byunnie, skarbie jak widzisz Suho żyje, jest cały i zdrowy, daj mu już spokój. – Jeżeli coś miało uciszyć tego nadpobudliwego dzieciaka to tylko i wyłącznie słowa wielkoluda.
- Jedzeeeenie! – dodarł do nas ogłuszający krzyk, kogoś, kogo prawdopodobnie jeszcze nie znałem, ale zaraz miałem.
- Człowieku uspokój się, nie jesteś u siebie, trochę kultury – jakiś drugi głos wydał długi, zirytowany jęk – jesteś niemożliwy, wiesz?
No tak, jak mogłem zapomnieć, że znajomi Krisa i Tao nigdy nie są normalni, nawet mi się czasami udzielało, ale co zrobisz?
- O Xing i Xiu przyszli – powiedział Kris, który w skali normalności był chyba najbardziej normalny z nas wszystkich.
- Luhan i Sehun dzwonili, że będą jakoś za dwie godziny, a Chen też jakoś za niedługo przyjdzie. 
Kiedy usłyszałem to imię, przez moje ciało przeszły jakieś ciarki, przez co zwróciłem na siebie uwagę wszystkich znajdujących się w pokoju.
- Jun, co ci? – zapytał zdziwiony Kyungsoo, który pojawił się znikąd.
- Nic, po prostu mnie przetrzepało. – Uśmiechnąłem się do niego.
Całe nasze towarzystwo, oprócz Soo i Jongina, którzy poszli do kuchni przeniosło się do salonu. Na stół wystawiona została wódka i parę misek chipsów. Tao podszedł do telewizora i włączył jakiś film, komedię, żeby nie było tak cicho. Każdy z nas doskonale wiedział, że i tak nikt filmu oglądać nie będzie. Po jakimś czasie przyszedł HunHan i Chen. Sehun zaczął się z wszystkimi witać i zapoznawać, po czym pociągnął Lu za rękę i znaleźli sobie miejsce gdzieś na ziemi. Jongdae z kolei, bo tak przedstawił się Baekhyunowi, wpieprzył tą swoją pewną siebie dupę między mnie a Lay’a, przez co byłem naprawdę mocno ściśnięty. W pokoju zrobiło się duszno, a na moich policzkach pojawiły się dwa różowe placki i tak, naprawdę chodziło  o temperaturę.
Cały czas czułem na sobie czujne spojrzenie Baek’a, który chyba używając swojego szóstego zmysłu zauważył, że zachowuję się troszkę inaczej niż zawsze. Wziął mnie na osobności na taras, a ja w duchu dziękowałem mu za to, bo bliskość Chana, zdecydowanie źle na mnie wpływała.
- Co jest pomiędzy tobą, a Jongdae?
- Nic.
- Ja mam w to niby uwierzyć?
- Powiedz mi czy to moja wina, że obrał mnie sobie, jako cel znęcania się i niszczenia mojej i tak już wyniszczonej przez was wszystkich psychiki, naprawdę nie musisz się martwić. Przecież nic mi nie zrobi, jest tylko kolejnym pojebańcem w naszej paczce, nic nowego. – Popatrzyłem na niego wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu.
- Może faktycznie jestem przewrażliwiony.
- Za dużo czasu z moją mamą, zdecydowanie za dużo… – powiedziałem z uśmiechem.
W momencie, kiedy wróciliśmy wszyscy byli w trakcie oglądania jakiegoś moim skromnym zdaniem nudnego romansidła. Byłem na prawie sto procent pewien, że Tao wybierał film, bo który inny normalny facet (Baek się nie liczy) wybiera do oglądania jakąś dramatyczną komedię, kiedy salon oblegany jest przez dwunastu facetów? No właśnie, żaden. Usiadłem na podłodze opierając się plecami o nogi Lay’a. Nie czułem się śpiący, ale po jakimś czasie, moje powieki stały się niezwykle ciężkie i ostatnim, co zobaczyłem zanim zasnąłem było to, że Kai odpłynął, a ktoś obok niego wysoko podniósł butelkę z wódką.          
Nie mam pojęcia ile czasu minęło, ale kiedy się obudziłem byłem jedyną trzeźwą osobą w tym domu. Na podłodze walały się puste puszki po piwie i butelki po drogim alkoholu. W całym pomieszczeniu unosił się dziwny zapach i sumie nie byłem do końca pewny czy chce wiedzieć, skąd on się wziął. Patrzyłem na nich wszystkich i dziwiłem się samemu sobie, że jeszcze się nie spakowałem i nie wyjechałem daleko stąd.
Nie rozmawiałem dużo z Xiu, ale już mogłem stwierdzać, że go lubię, po tym jak totalnie bez powodu wziął kawałek pizzy i najnormalniej w świecie przyłożył nim w twarz Chenowi. Co prawda jego śmiech po tej sytuacji był trochę straszny, co najmniej jakby uciekł z jakiegoś zakładu dla psychopatów. Kto by pomyślał, że rozmazanie jedzenia na cudzej twarzy może tak bardzo uszczęśliwić człowieka. Zacząłem się naprawdę zastanawiać czy aby na pewno częściej nie powinienem odmawiać sobie alkoholu, bo to, co chłopaki sobą reprezentowali było... Nie na to nie ma dobrego komentarza. Tao zalewał się łzami w dalszym ciągu patrząc się na telewizor, biedak chyba nie zauważył, że film dawno się już skończył.  Mamrotał coś pod nosem, że Caroline powinna żyć.
Wspominałem coś o tym, że Kris jest normalny, tak? Cofam to. Może byłbym skłonny dalej tak twierdzić, ale nawet ja po alkoholu nie wchodzę na łóżko i nie drę ryja na cały dom, że jestem pterodaktylem i potrafię latać…
Gdzieś w oddali usłyszałem głośne łkanie i zaciekawiony zacząłem rozglądać się, który to z nich. Za drzwiami, w najciemniejszym miejscu tym pokoju siedział skulony D.O. Pobiegłem do niego zaniepokojony, wyglądał jak kupa nieszczęść, przez co w mojej głowie zaczęły pojawiać się dziwne myśli.
-Kyunggie, co się stało? – zapytałem, ale odpowiedzią chłopaka, był tylko głośniejszy płacz, było mi go naprawdę żal.
- Hej, popatrz na mnie – szepnąłem miękkim głosem jakby to miało w czymś pomóc.
- Właśnie o to chodzi, że nie mogę! – zakrył sobie twarz dłońmi.
- Dlaczego? – zdziwiłem się.
- No, bo one mi wypadną – znowu zaniósł się płaczem. 
Nie do końca rozumiałem, o co mu chodzi, ale nie chciałem żeby był smutny.
- D.O kochanie, ale co wypadnie?
- No oczy! Bo Kai powiedział, że jak dalej będę się tak patrzył na wszystkich, takimi dużymi oczami to one wylecą, a ja nie chcę, żeby wyleciały, zrób coś żeby zostały tam gdzie są. – Szczerze powiedziawszy śmieć mi się chciało jak usłyszałem powód, dla którego Soo płakał, ale było to na swój sposób urocze. W takim razie i Kai chyba nie wypił tej nocy za wiele, skoro było skłonny wmówić takie durnoty biednemu Kyungsoo. 
- A wiesz, że jak będziesz się przez dwadzieścia minut bez przerwy przytulał do Jongina, to na pewno twoje oczka zostaną na miejscu?
- Naprawdę? – Zapytał z nadzieją.
- Tak.
- Yeeeeeeey! – wstał i po chwili usłyszałem głośny huk o podłogę czegoś ciężkiego. Nie powiem, śmieszyło mnie to, jak Kai próbował się wyrwać od głęboko wierzącego w moje słowa D.O.
Siadłem na chwilę do Baek’a i Chanyeola, bo w tym całym rozpierniczu wydawali się być najbardziej ogarnięci.
- Jun, weź mu w końcu wytłumacz, że istnieje ktoś taki, jak bóg światła. – Moja brew powędrowała w górę, kiedy usłyszałem, co powiedział, ale po chwili, w głowie zapaliła się zielona lampka i przypomniała mi o tym, że Baek jest najebany w cztery dupy, więc nie powinienem wymagać od niego żadnych sensownych wypowiedzi.
- No i powiedz mi jeszcze, że ty nim jesteś – wtrącił się Chan.
- Tak, nie wierzysz?
- Na jakiej podstawie maiłbym?
- Chociażby na takiej, że jest noc i jest ciemno, ale w tym pokoju jest jasno, myślisz, że jak to działa?
- Żarówka?
- Chcesz powiedzieć, że nie wierzysz w to, co mówię? Że te wszystkie lata, które poświęciłem tobie były bezcelowe? Czy ty nie rozumiesz, że związek powinien polegać na zaufaniu... – Jakoś nie miałem ochoty tego słuchać i stwierdziłem, że chyba chcę się położyć, bo było już grubo po czwartej rano.
Wchodząc na górę, minąłem rozwalonego na schodach Sehuna, ale już nawet nie chciałem wiedzieć, o co chodzi i co mu się stało.
Obok mojego pokoju stał Luhan, który wpatrywał się w ogromne lustro i z błąkającym się na jego twarzy uśmiechem. Chyba nie muszę mówić, że cholernie się wystraszyłem, prawda? Przez chwilę nawet pomyślałem, że to rozwalone na schodach ciało Sehuna jest martwe, ale szybo wybiłem sobie ten durnowaty pomysł z głowy.
Zasnąłem utulony smutną balladą Yixinga, drącego ryj na dole, o tym jak w poprzednim życiu był jednorożcem, matką dziewictwa i czystości.

Rano, kiedy się obudziłem, czułem, że coś dmucha mi gorącym powietrzem w kark. Ludzie zniosę wszystko, bawienie się włosami, łaskotki, wkurzające tykanie po brzuchu, ale nie jak coś ma bezpośredni kontakt z moim karkiem. Kiedyś nawet wydarłem się na środku lekcji tylko, dlatego, że słuchawki mi po nim zjechały. Oczywiście później cała kasa popatrzyła na mnie jak na idiotę. Wracając do denerwującego wiaterku, chciałem sprawdzić, co jest powodem mojej katorgi, ale kiedy miałem zamiar się odwrócić, poczułem coś ciężkiego na brzuchu. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy odkrywczo stwierdziłem, że to noga. Nie moja noga. Tylko czyjaś. To był właśnie moment, gdy ogarnąłem, że któryś z tych debili wpakował mi się do łóżka. Gwałtownie odwróciłem się i zrzuciłem nieproszonego gościa na podłogę. 
- Miej litości, kimkolwiek jesteś – wyjęczał błagalnie.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że najprawdopodobniej był Chen. Po chwili uświadomiłem sobie, że spędziłem noc z tym aktualnie zwijającym się z bólu człowiekiem, w dodatku, gościu miał na sobie tylko bokserki  i skarpetki.
- Człowieku, nie mogłeś znaleźć sobie innego łóżka, Tao ma chyba dziesięć pokoi jak nie więcej, a ty wybrałeś akurat ten? Nie zauważyłeś, że może jest zajęty?
- Suho, zamknij się, dobra? Czuję się jakby ktoś mi wywiercał mózg wiertarką, więc daj mi żyć.
- O nie, o nie mój drogi, trzeba było tyle chlać? Sam sobie jesteś winny.
Chen podniósł się chwiejnie, a ja patrzyłem na niego przez dłużą chwilę, stwierdzając, że wygląda inaczej. Chłopak wzrokiem próbował mi przekazać nieme „co” i wtedy wybuchłem śmiechem. Niemal zacząłem tarzać na tym łóżku, bo Jongdae wyglądał komicznie. Jego dość długie włosy zostały obcięte na równą grzyweczkę, która była stanowczo za krótka Chen wyglądał jak dziecko specjalnej troski. Szczerze mogłem pogratulować, osobie, która stworzyła to arcydzieło, tym bardziej, że ta grzywka, była naprawdę prosta, a po pijaku to nie lada wyczyn!
- O co ci znowu chodzi? – powiedział naburmuszony. Biedny skacowany człowiek.
- Chen – powstrzymywałem się od śmiechu – czy wiązałeś kiedykolwiek swoją przyszłość z fryzjerstwem? – Chłopak na początku popatrzył na mnie nie wiedząc, o co mi chodzi, ale kiedy jego oczy prawie dorównywały oczom D.O, zrozumiał.
- Nie…
- Tak – powiedziałem uśmiechając się do niego.
- Nie…
- Tak.
- Nie… - Przejechał ręką po swojej głowie i odkrył, że na jego czole jest stanowczo za mało włosów. – No, kurwa nie! – załamany pobiegł do łazienki, a ja w tym czasie zszedłem na dół i byłem zszokowany, że większość bandy już nie śpi, bo było dopiero koło jedenastej rano, a po takiej imprezie czasem szesnasta w magiczny sposób staje się wczesną porą dnia.
Cześć wam – przywitałem się ze wszystkimi. 
Chyba tylko Kai i Yeol okazywali jakieś oznaki życia, bo reszta zgonowała. Leżeli powykładani na stole i tylko biedny Sehun cierpiał, bo jedyny kawałek słońca w pomieszczeniu padał akurat na jego twarz.
- Baek, weź to jakoś wyłącz, czy coś. To coś jest za jasne oślepia mnie.
- A co ja, kurwa bóg światła? – powiedział zirytowany. Yeol od razu zaczął się śmiać, bo jak widać doskonale pamiętał ich wczorajszą rozmowę, ale chyba nie zamierzał tym męczyć zmarnowanego Baekhyna. Każdy wie, że pod wpływem alkoholu dzieją się rzeczy, które dziać się nie powinny. Mimo wszystko to, co wczoraj zobaczyłem zostanie ze mną na długo.
- Za co? Ja się pytam, co ja takiego w życiu zrobiłem, że ktoś zrobił ze mnie to, co zrobił. – Dało się słyszeć całkowicie wyprany z emocji głos Jongdae. Jedenaście par oczu spoczęło na bezbronnym Chenie i nawet ból głowy nie powstrzymał ich przed nie wyśmianiem skrzywdzonego chłopaka. Z tłumu wyłonił się Zitao, który podszedł do Dae i ciągnąc go za rękę, zniknęli za ścianą toalety. Xiumin i Lay powoli zaczynali się zbierać. D.O rzucił na stół jakieś tabletki na ból głowy. Jak widać szkoda mu się zrobiło ich wszystkich. Ten chłopak już chyba zawsze będzie mnie rozczulał, po tym, co wczoraj zobaczyłem.
- D.O masz może jakaś maść na siniaki czy coś? Cholernie bolą mnie kolana.
- Pewnie wczoraj w coś przywaliłeś, albo upadłeś.
- Nie – zaprzeczyłem – Kris ma po prostu bardzo rozwiniętą wyobraźnie – uśmiechnąłem się wrednie.
- O co ci chodzi? – spytał zdezorientowany Wu.
- Nawet sobie nie wyobrażacie, jakie rzeczy odwalacie, kiedy jesteście pijani.
- Szkoda, że tego nie nagrałem – zasmucił się ogrodnik.
Kiedy większość ulotniła się z naszego domu razem z D.O zabrałem się za sprzątanie całego tego bajzlu. Wszędzie walały się śmieci, jedzenie i wiele innych niezidentyfikowanych rzeczy. Po dwóch godzinach z toalety wyszli Tao i Chen. Kiedy spojrzałem na tego drugiego, nie powiem zamurowało mnie, nie wiem jak Huang to zrobił, ale Kim wyglądał zajebiście. Jego włosy postawione były do góry i zafarbowane na ciemny brąz. Oczywiście nie zamierzałem nikogo informować, że podoba mi się tak bardzo, bo kogo to interesuje.
- Wow, wyglądasz jak człowiek – rzuciłem nie sprawdzając nawet jego reakcji na moje słowa, bo przecież ścieranie blatu było o wiele bardziej fascynującą czynnością.
Nie mam pojęcia, dlaczego przy nim staję się taki wredny, bo na ogół jestem dość potulny. W sumie winę mogę zwalić na niego, bo kto mi broni.
Po chwili jednak nie wytrzymałem i ukradkiem spojrzałem na niego. Wskazał swoimi cholernie długimi palcami na policzki. Nie wiedząc, o co mu chodzi przyłożyłem dłoń do twarzy i poczułem, że jest za gorąca
- Ruszyłbyś dupę i mi pomógł a nie mnie rozpraszasz! – krzyknąłem, na co odpowiedział mi głośnym śmiechem. – Kretyn.

 CDN...



            

3 października 2014

"Holiday" I

  
     Właśnie mijał drugi tydzień wyczekiwanych przeze mnie wakacji, a ja nareszcie ruszyłem się z domu dalej niż granice Korei. Nie wiem jakim cudem mi się to udało, ale ubłagałem moich rodziców żeby puścili mnie do starych znajomych na prawie całe dwa miesiące. Może nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że przeprowadzili się do Chin dwa lata temu, a ja byłem ukochanym i jedynym syneczkiem moich nadopiekuńczych rodziców, którego najchętniej nie wypuszczaliby z domu, ponieważ różni ludzie chodzą po ulicach i różne myśli chodzą im po głowie. Mimo wszystko nie zamierzałem protestować, skoro pozwolili mi lecieć samolotem samemu i jeszcze stwierdzili, że za wszystko zapłacą to, co ja miałem powiedzieć? Że nie chcę? Błagam, nie codziennie moi rodzice zgadzają się na takie rzeczy.
Zadowolony z siebie wsiadałem do samolotu, i nie ukrywam, że trochę się bałem, bo ponoć start i lądowanie było najgorsze i naprawdę skupiałem całą swoją uwagę na odpędzaniu okropnych myśli, jakie pojawiały się w mojej głowie. Kiedy usiadłem na fotelu, miły kobiecy głos poinformował wszystkich pasażerów o tym, aby każdy zapiął pasy.
Nie było tak źle jak się naczytałem w internecie. Nawet nie musiałem zamykać oczu. W momencie, kiedy turbulencje zakończyły się, założyłem słuchawki, odcinając się od wszystkich ludzi. Początkowo wszystko było idealnie i nawet myślałem, że uda mi się zasnąć, ale zaraz za mną siedział jakiś niewychowany bachor, który nie potrafił utrzymać swoich nóg pod kontrolą, przez co cały czas kopał w moje siedzenie. Chciałem delikatnie powiedzieć matce tego dziecka, żeby jakoś je okiełznała, ale zrezygnowałem. Mamą tego chłopca była jakąś wielką amerykanka, która zajmowała dwa miejsca. Nie chciałem mieć do czynienia z tym grubym babskiem, nie wiadomo jak mogłaby się dla mnie skończyć konfrontacja z kimś tak ogromnym. Wywróciłem oczami, a zaraz po tym przeżyłem minimalny zawał serca. Ktoś dość gwałtownie położył głowę na moim ramieniu. Nawet nie zauważyłem, że ktoś siedział obok mnie i był to młody Azjata, który miał wszystkie kolory tańczy na głowie. Był uroczy, ale zdecydowanie nie w moim typie. Spał tak słodko, że nie miałem serca go budzić, chociaż moja zła strona chciała to zrobić. Bo niby, z jakiej racji on mógł się na mnie rozwalić i smacznie spać a ja miałem się męczyć z dzieckiem, które miało owsiki? No właśnie, z żadnej, ale niech mu będzie może, chociaż on będzie miał miłą podróż.
   Grubo ponad godzinę później śpiąca królewna wybudziła się ze swojego snu mocnym zrywem, przez co moje biedne i niczemu winne czoło oberwało z główki. Oboje syknęliśmy z bólu, sympatyczna pobudka nie powiem, może nawet mu trochę współczułem.
- Wygodnie było? – uśmiechnąłem się do niego drwiąco, ale ten się tylko do mnie wyszczerzył. 
    Ludzie powiedzie mi, co ja w życiu zrobiłem, że nawet jak się irytuję ludzie odpowiadają mi uśmiechem.
- Bardzo! – O, no proszę Koreańczyk.
- A główka boli? – zapytałem dalej sarkastycznie, ale ten chłopak żył chyba w jakiejś krainie kucyków pony i nie znał znaczenia słowa ironia.
- Yhm – wyburczał i przyłożył swoją dłoń do czoła. Jak dziecko. - Jestem Sehun, a ty?
- Suho. 
- Gdzie jedziesz? 
     Chciałem sobie strzelić dłonią w czoło, ale pamiętałem, że dalej mnie bolało, dlatego nie zrobiłem tego.  Czy on na serio był taki głupi? Ten samolot lądował tylko w jednym miejscu.
- Pekin?
- O ja też! 
    Za co zostałem skazany na takiego idiotę? Ten chłopak zachowywał się trochę jak słownikowa definicja blondynki. Już chyba wolałem jak spał. Nie byłem nie miły, po prostu, zmęczony. A zmęczony człowiek to zirytowany człowiek.
- Za dziesięć minut lądowanie - rozległ się głos jakiejś stewardesy.
- Nareszcie – szepnąłem do siebie.
   Cudownie. Sehun uczepił się mnie jak jakiś gówno do buta, ale już chyba wolałbym to gówno na bucie, niż jego niekończące się gadanie, od którego głowa mi pulsowała. Miałem wrażenie, że naprawdę zaraz wybuchnie. 
- Słuchaj Sehun, na pewno idziesz dobrze? – Liczyłem, że może pomylił się, albo zaraz skręci w jakąś nieznaną mi uliczkę dając mi wreszcie spokój.
- Tak. Dzielnica XiuXian dwadzieścia pięć.
    Wyciągnąłem z ciekawości karteczkę z adresem gdzie mieszkali Kris i Tao, bo nazwa była dla mnie jakaś znajoma.
Nic dziwnego skoro moi przyjaciele mieszkali w tej samej dzielnicy i to jeszcze dom dalej. Oszaleje.
- Oh… będziemy sąsiadami.
- Naprawdę?
- Tak.
- Jak fajnie! Yeeey! – Głośniej, pewnie, drzyj się na cały Pekin, oczywiście.  – Niemal czułem jak drga mi powieka z frustracji.
- Do kogo ty właściwie tutaj przyjechałeś?
- Do jeszcze mojego przyjaciela.
- Dlaczego jeszcze?
- A dlatego, że w te wakacje, to już nie będzie tylko znajomy.
- To mu współczuje.
- Czemu? – założył ręce na piersi i nadął policzki.
- Ja bym z tobą nie wytrzymał za dużo gadasz.
- Nie zawsze gadam aż tak dużo, tylko po prostu bardzo się cieszę, że w końcu się z nim spotkam, on jest taki fajny i kochany i miły i cudowny i…
- Dobra, tyle mi wystarczy.
- Zawsze jesteś taki nie w humorze?
- Nie. Jestem padnięty i to przez to. Byłeś tu już kiedyś?
- Raz, ale wtedy jeszcze nie znałem Lulu.
- To prowadź, bo mam wrażenie, że zaraz się tutaj zgubię.
- A to już za chwilę. Pod którym mieszkają twoi znajomi?
- Na karteczce mam napisane, że pod dwadzieścia siedem.
- To faktycznie blisko mnie i Luhana. 
Szliśmy może jakieś dziesięć minut i dotarliśmy. Pożegnałem się z Sehunem, który rzucił się na mnie i potem niczym jakaś dziewczynka na łące podskakując doszedł do swojej willi, dalej przeskakując z nogi na nogę. Dom Tao i Wu nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Moja rodzina też miała portfel wypchany pieniędzmi, więc te wszystkie drogo wyglądające rzeczy nie były dla mnie niczym podniecającym. Mimo wszystko i tak ich dom mi się podobał. Skoro wiedzieli, że mniej więcej w tych godzinach do nich przyjadę, nawet nie krępowałem się pukaniem i od razu wszedłem do domu. Doczołgałem swoją ogromną walizkę po schodach i wlazłem do pierwszego lepszego pokoju, jaki znalazłem. Miałem gdzieś co sobie pomyślą i tak znałem ich od dzieciństwa, więc wiedzieli, że wszędzie czuję się jak u ciebie w domu. Zostawiłem mój bagaż na środku podłogi i rzuciłem się na łóżko. Było naprawdę miękkie i wygodne. Ostatnie co pamiętałem to dźwięk wody lejącej się do wanny, a potem opatulony w czerwoną, jedwabną pościel nareszcie usnąłem.
Przez cały czas miałem wrażenie, że telefon mi wibruje, ale właśnie byłem w trakcie jakiegoś snu, i nie zbierało się na to żebym się obudził i sprawdził, kto się do mnie dobija.

***
- Tak chyba zalazłem waszą zgubę.
-….
- Spokojnie nie panikuj, przecież go nie zgwałcę.
-….
- Oh czekaj, chyba się budzi. Zaraz do ciebie oddzwonię.
     Dochodziły do mnie urywki czyjejś rozmowy, ale nie chciało mi się myśleć, kto to i co chciał. Czy ja naprawdę tak dużo wymagałem? Po prostu chciałem się w końcu wyspać.
- Taozi, tęskniłem, ale weź się zamknij. – powiedziałem, chowając twarz w poduszkę i skuliłem się w kokon, po czym przewróciłem na lewy bok. Tak wygodnie. Czułem, że ktoś kucnął przy łóżku, ale olałem to, a po chwili poczułem delikatny wiaterek pachnący miętą na mojej twarzy, przez co automatycznie marszczyłem nos.
- Tao, proszę. – mentalnie wywróciłem oczami.
Nie wiem, co robił, ale irytowało mnie to, dlatego odwróciłem się tyłem do niego, i wtedy usłyszałem jak się cicho śmieje. Zamarłem. To nie był głos Huanga, bez urazy dla niego, ale jego był bardziej pedalski i nie był też to Kris, więc kto? Zesztywniałem na tym łóżku jak zdechły kot, co musiało się prezentować bardzo ciekawie.
- Spokojnie, nie spinaj się tak, przecież nic ci nie zrobię.
    Spojrzałem na niego i to było za dużo. Nie byłem jakiś bardzo wstydliwy, ale jak zaraz po obudzeniu się widzi zajebistego chłopaka, który ma na sobie tylko biały, zdecydowanie za mało zakrywający ciało ręcznik, to nie ma co się dziwić, że moje policzki minimalnie zróżowiały. Nie mówiąc o tym, że chłopak miał idealnie zarysowane mięsnie brzucha, i jego twarz też była perfekcyjna. Kąciki ust zawinięte były do góry, a usta wygięte w pewnym siebie uśmiechu. Musiał widzieć jak się na niego patrzę, ale to jego wina, że stojąc prze de mną prawie tak, jak go bóg stworzył, wyglądał bardzo seksownie.
- Skończyłeś?
- Co skończyłem?
- Prześwietlać mnie wzrokiem.
- Przecież ja nic nie..
- Nie pogrążaj się.
- Ja się pogrążam? To ty chodzisz prawie z gołą dupą, po cudzym domu.
- Nie jest nawet trochę goła. Po za tym osobą, która raczej nie jest u siebie jesteś ty.
- Może Kris i Tao jeszcze ci nie powiedzieli, ale przez całe wakacje mieszkam u nich.
- To wytłumaczysz mi, co ty tu jeszcze robisz? 
   Okej. Kompletnie nie wiedziałem, o co gościowi chodzi. Zacząłem szybko mrugać oczami. Podszedł do mnie i złapał za podbródek. – Za blisko. Zdecydowanie narusza, moją przestrzeń osobistą. – To jest mój dom, aniołku. – powiedział patrząc mi w oczy.
   Teraz to już na pewno krew napłynęła mi do policzków. Przyłożyłem dwa palce do jego czoła i mocno pchnąłem go do tyłu, na co zaczął się śmiać.
- To w takim razie gdzie mieszkają Tao i Jifan?
- Dom dalej. – zrobiłem zdziwioną minę. - Dobra, niech mu będzie. 
     Wstałem, prawie zabiłem się o własną walizkę i wyszedłem z tego pokoju. Wkurzony zmierzałem do wyjścia i przyrzekam, że słyszałem jego śmiech, który tylko potęgował uczucie złości. Najgorsze jest to, że nawet się nie wyspałem. Z głośnym trzaskiem frontowych drzwi wyszedłem.

***

Tym razem zapukałem do drzwi, żeby mieć pewność, że się nie pomyliłem. Od razu usłyszałem, że ktoś biegnie w moją stronę. Po raz kolejny tego dnia zostałem zmiażdżony w morderczym uścisku.
- Tao, spokojnie udusisz go zaraz – powiedział uśmiechając się szeroko Kris.
- Dziękuję, że chociaż ty starasz mi się pomóc – powiedział i poklepał mnie po plecach, co było zdecydowanie mniej niemęskie, niż to, co zaprezentował wcześniej Huang.
- Mogę się zdrzemnąć? Błagam! – wyjęczałem żałośnie, nie mając ochoty na nic więcej.
- Widzę, że ciężka podróż.
- Oh, żebyś wiedział, ale opowiem wam jutro teraz naprawdę chce się położyć.
- Jasne twój pokój to ten trzeci na górze, po prawej.
- Ok, obudźcie mnie rano. Liczę na śniadanie do łóżka – uśmiechnąłem się uroczo.
- Jeszce jakieś wymagania królewno? – Tao pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Ależ skąd – prychnąłem zadowolony i ponownie wlekąc swoją walizkę ruszyłem po schodach, zmierzając do pokoju, w którym aktualnie znajdował się mój raj. Oczywiście mówiąc raj miałem na myśli łóżko, gdyby ktoś nie zrozumiał.
    
*

Rano obudził mnie zapach naleśników. Powoli uchylając jedno oko zarejestrowałem talerz placków leżących na srebrnej tacy ułożonej na szafce nocnej. Obok stał jakby czymś wystraszony chłopak w przeuroczym fartuszku w różowe serduszka. Przez chwilę myślałem, że to mój jakiś głupi sen, ale stwierdziłem, że gdyby faktycznie nim był to ten chłopak obok mnie zamiast fartuszka miał strój pokojówki z mnóstwem koronek i innego badziewia. Tak mój mózg w ciągu całego życia zdążył pochłonąć zdecydowanie za dużo pornosów, ale kto by tam się tym przejmował moimi małymi fetyszami, które raczej nigdy nie wyjdą na jaw publicznie, no chyba, że będę piany. Wracając do rzeczywistości, chłopak chyba dalej zastanawiał się czy śpię.
- I co, wstał już? 
   Usłyszałem kolejną osobę w pokoju i zamruczałem coś pod nosem, nie chciałem jeszcze wstawać.
- Nie, nie miałem serca go budzić.
- Oj Kyunggie, w tym świecie nie ma miejsca na litość.
Po tych słowach poczułem, że to, co dawało mi takie przyjemne ciepło właśnie zostało mi zabrane. Miałem ochotę rzucić w Huang’a tymi naleśnikami, ale po prostu było mi ich żal. Zdążyłem się już odzwyczaić od takich bezwzględnych pobudek. Kiedyś jak byliśmy młodsi mama często wpuszczała Tao do mnie, który z zimnym sercem pozbawiał mnie snu. Nie wiem, jakim cudem wstawał tak szybko, ale w mojej naturze takie coś nie leżało, na pewno.
- Wstawaj kicia, nie mamy całego dnia.
- No już. – Mozolnie podniosłem się, rozglądając się z ciekawością po pokoju. W kącie stała ogromna biała szafa i inne białe mebelki. Cały pokój był bardzo jasny i wszystko było by pięknie gdyby nie fakt, że wyglądał jak pokój dla lalki barbie, lub ewentualnie mojej siostry. Ucieszyłaby się z takiego, chociaż dla niej trochę za mało różu. Pokiwałem niedowierzająco głową, ale nie miałem zamiaru komentować. Jakoś miałem gdzieś cały ten wystrój, ważne, że łóżko było wygodne i w pokoju była łazienka.
   Dalej zaspany posmarowałem pierwszego naleśnika sosem wiśniowym i byłem pod wrażeniem, były zdecydowanie lepsze niż mojej kucharki.
- Pyszne! – wytrzeszczyłem oczy – serio sami to zrobiliście?
- Oh Myeonnie, nie przeceniaj nas – zakasłał Kris. – Zapoznaj się z D.O jest naszym kucharzem, ale i przyjacielem.
     W sumie to zapomniałem o obecności tego cichego chłopaka.
- Racja! Jestem Suho. – uśmiechnąłem się do niego życzliwie. – Gotujesz na serio nieźle!
- Poczekaj aż spróbujesz jego obiadów, pozazdrościsz nam takiego kucharza. – D.O nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął.
- To co dzisiaj robimy?
- Najpierw to idź się umyj, a potem pojedziemy na zakupy uzupełnić zapasy i robimy domówkę – wyszczerzył się do mnie Tao.
- A kogo zapraszacie? – powiedziałem trochę nie wyraźnie dalej przeżuwając placka.
- Baek, Yeol…
- Jakim cudem? Przecież oni są w Korei.
- Nie, przyjechali tutaj do Minseok’a i Lay’a w pierwszy tydzień wakacji, nie mówili ci?
- Nie?
- No to ja ci mówię. Będzie też sam Xiu i Xing, Luhan jakiś jego przyjaciel.
- O nie. – Zaskomlałem załamany.
- Co znowu?
- Sehun jest straszny.
- Z tego, co Lu mi mówił jest uroczy.
- Mówię ci to tylko powłoka.
- Dobra, nie ważne, będzie jeszcze D.O i Kai.
- Kai też? – tym razem wtrącił się wielkooki. – To może ja sobie jednak odpuszczę?
- Nikt sobie niczego nie odpuszcza. I tak każdy wie, że bardzo chcesz żeby z nami był.
- Kto to Kai? – Zapytałem.
- Nasz przyjaciel, ogrodnik.
- Jest architektem krajobrazu, a nie ogrodnikiem.
- Spokojnie Kyunggie, nie chciało mi się tłumaczyć. – Wywrócił oczami, a ja już zaczynałem sobie sklejać wszystko w głowie do kupy i wiedziałem, że ten mały słodki, brunecik najwyraźniej zauroczony był w kimś, kogo imię brzmiało Kai.
- No i będzie jeszcze Chen.
- Kto to? – Zapytałem od niechcenia.
- A myślałem, że już go znasz, po tym jak wylądowałeś jego łóżku –Kris uśmiechnął się do mnie bezczelnie.
     Zamrugałem szybko czując jak stado krwinek kumuluje się w moich policzkach, na wspomnienie niejakiego Chena. Trzeba będzie później jakoś popracować nad tym cholerstwem.
- Mówiłeś, że nic mu nie zrobił! – panikował Tao, prawie rzucając się z pazurami na niewinnego Krisa.
- Bo nie zrobił, Suho po prostu się tam zdrzemnął. – panda wypuścił powietrze z płuc.
- Błagam nie strasz mnie więcej.
- A tobie co instynkt macierzyński się włączył, Kris to już ten czas? – zwróciłem się do wyższego i zrobiłem wielkie oczy, jakby to miało zwiększyć powagę sytuacji, na co Tao oczywiście zmroził mnie wzrokiem, a Fan się zaśmiał. Soo stał i wpatrywał się rozmarzonym wzrokiem w okno. – On tak zawsze? – spojrzałem ukradkiem na D.O.
- Nie, pewnie Jongin ściągnął koszulę – machnął ręką na Tao – nie przejmuj się nim, on teraz przeniósł się do swojego własnego świata, którego panem i władcą jest, Kim Jongin aka Kai.

*

Razem z Soo i TaoRisem poszliśmy do sklepu na umówione zakupy. Kyung miał swój własny koszyk, do którego wkładał składniki potrzebne na następne dania, a nasza reszta zajęła się przekąskami i alkoholem na wieczór. Jak dobrze, że Kris był od nas dwa lata starszy, więc nie musieliśmy się martwić, że na nie sprzedadzą tego, czego najbardziej potrzebowaliśmy. Po drodze mignęły mi kolorowe włosy, a po tym, co zobaczyłem chwilę później stwierdziłem, że Sehun cofnął się w rozwoju o jakieś dziesięć lat. Powiedzcie mi, który normalny (i trzeźwy) siedemnastolatek siedzi w wózku na zakupy zadowolony jakby było to, co najmniej odpicowane Ferrari, które z resztą i tak pewnie posiada jego ojciec. Ale co tam przecież koszyk to zdecydowanie atrakcja, nie wierzę.
- O hej Luhan! Krzyknął Tao. Omo! Faktycznie słodziutki ten twój PRZYJACIEL – podkreślił ostatnie słowo Huang, na co kolorowy oczywiście się uśmiechnął. Co, jak co, ale komplementy to on chłonął jak moja babcia nowe odcinki mody na sukces z koreańskim dubbingiem. Spojrzałem do góry, żeby zobaczyć jak wygląda ten piękny i cudowny, Luhan. Zamarłem. Schowałem się za Krisem przestraszony, co musiało wyglądać co najmniej dziwnie.
- Hej, Jun co się dzieje? – spytał zaniepokojony Kris.
- Ten blondyn jest straszny. Wygląda jak porcelanowa laleczka. chińskie laleczki są straszne, one się patrzą i chcą mnie zabić mówię ci, on chce pożreć moją duszę. One tylko udają, że są martwe, a tak naprawdę czyhają na życie takich niewinnych ludzi jak ja. – Byłem naprawdę przerażony. Niczego nie bałem się tak bardzo jak tych trupich laleczek. To była jakaś taka moja chora fobia z dzieciństwa.
- Fannie, co się stało z Junem. – spytał zaniepokojony Tao, kiedy mnie zobaczył.
- Boi się Luhana. – powiedział powstrzymując śmiech. Był głupi, bo to wcale nie było śmieszne.
- Dlaczego się mnie boi? – Zapytał zdziwiony chłopak. Mogę przysiąc, że widziałem cień radości na jego twarzy, po tym, co powiedział Kris.
- Nie fascynuj się Lulu, on nie boi się ciebie, dlatego, że wyglądasz przerażająco, czy jakoś nazbyt męsko tylko myśli, że jesteś lalką i że chcesz pożreć jego duszę. Tak zrozumiałem z jego bełkotu... – Ten mały blondyn zaczął się głośno śmiać, po czym otarł niewidzialną łezkę z oka.
- Spokojnie, nie zamierzam cię skrzywdzić. – Podszedł do mnie i położył dłoń na moim prawym ramieniu. Z bliska jego oczy były jeszcze większe, i bardziej lalkowate. Czułem jak zaczynam się trząść. W momencie, kiedy się do mnie uśmiechnął miałem ochotę wybiec z tego supermarketu z krzykiem i błagać niebiosa o litość nad niewinną dziewicą, jaką niestety jeszcze byłem. Moment chwila, co ja gadam? Strzeliłem sobie mentalnego policzka, po czym się uspokoiłem. Luhan jest człowiekiem, a ja po prostu obejrzałem w życiu stanowczo za dużo horrorów.
- Okej. Już się ogarnąłem. To była po prostu moja chwila słabości.
- Czemu pomyślałeś, że jestem lalką?
- Bo tak wyglądasz. Dobra skończy już ten temat. – Uśmiechnąłem się prosząco, bo to, co wcześniej odwaliłem było, co najmniej nie na miejscu. W sumie było mi trochę głupio. 

Kasjerka na początku nie chciała uwierzyć Krisowi, że jest już pełnoletni, przez co musiał się fatygować wyciąganiem dowodu osobistego.
Zapakowaliśmy wszystkie zakupy do auta i razem pojechaliśmy do domu.



 CDN...




Teraz każdy kto czyta tego bloga może zabić mnie za tak długą nieobecność. Śmiało, pozwalam T^T 
Na prawdę przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam, ale zauważyłam, że ciężko mi jest się trzymać ciągle jednego projektu i zawsze jak siadam pisać coś, to piszę nie to co chcę ^^" Ogólnie zrobię zakładkę z opisami shotów/opowiadań, które zamierzam w przyszłości wstawić.
Co do Holiday... miałam to wstawić w wakacje, ale jakoś tak wyszło, że wstawiam teraz :D Mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do komentowania :)) 
 Przepraszam za błędy, jeśli jakieś są...